Rok
1990 Naszej Ery. Na świat przychodzi dwunasta płyta „bogów metalu”. Już od
samej okładki bije moc kilkuset koni mechanicznych. Głęboki granat nocnego
nieba i ognista czerwień płonącego apokaliptycznego świata, smoczy stalowy
rumak i równie stalowy jego uskrzydlony jeździec! Ogień i stal. I ta wysoko
uniesiona triumfująca pięść – „teraz wam pokażę!”.
„Boże,
ale tandeta!” - chciałoby się dzisiaj powiedzieć… Ano, nasuwa się taka
refleksja, owszem, ale tylko pod warunkiem, że nie słyszało się tego, co jest w
środku! Ciekła brytyjska stal stopiona w ogniu wiecznie gorejących metalowych
serc! Czerń skórzanych kurtek i blask chromu! Zębate koła, łańcuchowe reakcje, cięcie
przestrzeni! Agresywny ryk motocyklowego silnika (zgadnijcie, jakiej marki?),
tempo szalejących na najwyższych obrotach tłoków, żar ognia walącego strumieniami
z rur wydechowych! Armagedon w cylindrze uwalnia boską moc! Siła, wolność i wiatr
we włosach – „heavy fucking metal”! W końcu jedna z koncepcji głosi, że nazwa
„heavy metal” pochodzi od pieszczotliwego określenia używanego przez
motocyklistów na ukochane harleye…
